Zdrowie

Zdrowie

Polacy tworzą trwałe bioprotezy zastawek serca.

Polacy tworzą trwałe bioprotezy zastawek serca. Inżynieria tkankowa i modyfikacje genetyczne pozwalają tak je przygotować, by reakcja zapalna związana z wszczepieniem była jak najmniejsza. Dzięki temu w przyszłości będzie można lepiej pomóc m.in. dzieciom chorym na serce i dorastającym pacjentom. Jak długo trzeba będzie czekać na komercjalizację tak obiecujących wyników badań?

Jak wyjaśnił dr Piotr Wilczek z Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii w Zabrzu, zastawkowe protezy serca są szczególnie potrzebne dzieciom, dla których brakuje dawców. Na jednej operacji się nie kończy, ponieważ wraz ze wzrostem organizmu i zachodzącymi w nim zmianami wcześniej wszczepione zastawki po kilku latach przestają prawidłowo funkcjonować. Problem degradacji i utraty funkcji bioprotez zastawkowych dotyczy też innych grup pacjentów.

Stała dysproporcja pomiędzy liczbą dawców a potencjalnych biorców jest istotnym ograniczeniem wpływającym na wykorzystanie tkanek ludzkich. Tu z pomocą przychodzi inżynieria tkankowa. Chodzi o to, by tak przygotować tkanki odzwierzęce, żeby podjęły odpowiednie funkcje w organizmie człowieka i nie zostały odrzucone.

KOMÓRKI LUDZKIE NA RUSZTOWANIU ZWIERZĘCYM

W latach 2010-2013 trwał projekt „Zwierzęta transgeniczne” pod kierownictwem dr Piotra Wilczka. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przeznaczyło 3,5 miliona na badania, w których zwierzęta genetycznie zmodyfikowane pomagały uczonym poszukiwać najlepszych materiałów dla ratowania ludzkiego życia.

Dr Wilczek prowadził wcześniej projekt badawczy „Nowe metody przygotowania zastawek biologicznych”. Opracował w nim sposoby na usuwanie komórek z materiału zwierzęcego i nahodowywanie na tak przygotowaną odzwierzęcą „matrycę” komórek własnych pacjenta. W ten sposób powstawała zastawka gotowa do przeszczepu. Na te prace NCBR przeznaczyło 1,5 mln złotych.

Likwidacja komórek metodami enzymatycznymi i chemicznymi powoduje wprawdzie usunięcie większości z nich, ale niesie również ryzyko, że niektóre komórki lub ich reszty pozostaną, stanowiąc źródło antygenów. Stymulują one reakcję immunologiczną organizmu ludzkiego i źle wpływają na trwałość zastawek.

Dlatego kolejny projekt poszedł o krok dalej. Tu bezpieczną matrycę dla pacjenta stworzono z tkanek zwierząt genetycznie modyfikowanych. Były im usuwane najbardziej newralgiczne antygeny, na które może reagować organizm człowieka. Taka zastawka mogłaby być bardziej bezpieczna, a reakcja zapalna związana z wszczepieniem – jak najmniejsza.

Takie badania to próba odejścia od „ślepej ścieżki”, jaką okazały się próby wyhodowania zwierząt do ksenoprzeszczepów, czyli do transplantacji tkanek pochodzących od przedstawicieli jednego gatunku do tkanek osobników innego gatunku. Dr Wilczek tłumaczy, że wśród uczonych pojawia się coraz więcej sceptycznych głosów. Uważają oni, że nie sposób tak zmodyfikować u zwierząt dużych narządów, jak serce, płuca czy wątroba, żeby w całości nadawały się do przeszczepienia ludziom. Jest tam bowiem zbyt wiele antygenów, które są różne od naszych.

Inaczej wygląda sytuacja w przypadku modyfikacji zastawek serca. Taka tkanka może być bezpieczniejsza od tej, która nie podlega modyfikacji.

Jak daleko jest od tego stwierdzenia do komercjalizacji wyników polskich badań?

PRZETARTE SZLAKI, ALE DROGA DALEKA

Poszukiwanie nowych metod tworzenia bioprotez zastawek serca zaczęło się od badań podstawowych, laboratoryjnych. Pierwszy etap eksperymentów na zwierzętach to opisane w projekcie badania bezpieczeństwa. Kolejne trzy lata zajmą dalsze etapy badań – funkcjonalne testy bioprotez. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, odbędą się pierwsze próby kliniczne. Zwykle w podobnych przypadkach dopuszcza się do wszczepienia około 5 zastawek. Jeśli ta niewielka grupa pacjentów pozytywnie przejdzie próby kliniczne, grupa zostaje zwiększona.

Ostatnia rzecz, z którą jest największy problem, to pełna komercjalizacja nowego typu zastawek. Zanim powstanie firma produkująca owe zastawki i rozprowadzająca je po klinikach, należy przejść cały etap certyfikacji i akredytacji produktu. To, jak stwierdza dr Wilczek, biurokratyczna i bardzo kosztowna ścieżka.

Mimo to badacze, którzy przeszli już kolejny etap tej długiej drogi, są dobrej myśli. Polskie badania wpisują się w nurt prac prowadzonych na całym świecie, a jednocześnie są wyjątkowe – rozwijają ścieżkę, której jeszcze nikt w świecie naukowym nie próbował.

„Projekty B+R zawsze zawierają element ryzyka, że koncepcja się nie sprawdzi. Jak dotąd nam się udaje i dlatego będziemy kontynuować badania. Rozpoczniemy próby kliniczne. Postaramy się znaleźć dla nich finansowanie z NCBR oraz ze środków unijnych, jakie trafią do sektora nauki po roku 2014. Staramy się, żeby po latach prac pacjenci odnieśli korzyści z naszych badań” – deklaruje dr Wilczek.

Zdrowie

Mogą one wywołać u ludzi chorobę skóry zwaną demodekozą.

Od 40 do 60 proc. osób po 40. roku życia jest zaatakowanych przez nużeńce – niewielkie pajęczaki z rzędu roztoczy. Mogą one wywołać u ludzi chorobę skóry zwaną demodekozą. Świadomość problemu wśród lekarzy i w społeczeństwie jest jednak mała.

Choć inwazja nużeńca nie daje czasem żadnych lub skąpe objawy, to potencjalnie demodekoza (inaczej: nużyca – przyp. PAP) może być uciążliwa i groźna – przestrzegł parazytolog prof. Krzysztof Solarz ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego (ŚUM) w Katowicach.

Nużeniec ludzki (Demodex folliculorum) występuje w rejonie głowy, w torebkach włosów i gruczołach łojowych, gdzie składa jaja, pozostawia swoje odchody i wylinki, czyli powłoki zrzucane podczas przechodzenia do kolejnych stadiów rozwoju. Odżywia się wydzielinami skóry.

Powoduje świąd, przebarwienia skóry na powierzchni policzków, atakuje torebki rzęs i brwi powodując ich utratę, a także zapalenie brzegów powiek. Czasami zaatakowanej przez nużeńca osobie wypadają włosy, co bywa mylone z łysieniem plackowatym. Niemal zawsze inwazja towarzyszy trądzikowi pospolitemu i różowatemu.

„Nużeńce to duży problem medyczny. Pacjenci bywają bezradni. Pierwszy przypadek miałem kilkanaście lat temu. Zgłosiła się do mnie młoda dziewczyna, której wypadały brwi i rzęsy. Wiedziała, że to może być nużyca, ja też byłem tego zdania, ale kiedy wypisałem karteczkę do ośrodka zdrowia z prośbą o pobranie materiału do badań, została wyśmiana. Powiedziano jej, że takiej choroby nie ma, a oni nie wiedzą, jak pobrać materiał” – powiedział PAP prof. Solarz, który kieruje Zakładem Parazytologii Wydziału Farmacji z Oddziałem Medycyny Laboratoryjnej ŚUM w Sosnowcu.

„Nużyca jest bardzo powszechną chorobą inwazyjną, ale ze względu na skąpe objawy bywa mylona z różnego rodzaju schorzeniami dermatologicznymi o innym podłożu. Skąpe objawy powodują też, że sami nie zwracamy czasem uwagi na inwazję” – dodał naukowiec.

Jak zaznaczył, brak świadomości sprzyja rozprzestrzenianiu się nużeńca, tym bardziej, że zarazić się jest bardzo łatwo. Jaja pasożyta roznoszą się z kurzem, z prądami powietrza, przez dotykanie tych samych przedmiotów, co osoba chora, korzystanie z jej odzieży, czy grzebienia, a także podczas kontaktów seksualnych.

„Badania amerykańskie wykazały, że w Stanach Zjednoczonych w niektórych populacjach nawet blisko 100 proc. ludzi po 70. roku życia ma nużeńca. Czynnik wieku jest tu istotny, bo z wiekiem ta fauna się powiększa, a im dłużej żyjemy, tym dłuższy jest czas ekspozycji” – podkreślił prof. Solarz.

Leczenie nużycy polega na stosowaniu gorących kąpieli z dużą ilością mydła z heksachlorobenzenem. Stosuje się też balsam peruwiański, roztwory spirytusowe pirogalolu, pirokatechiny, naftolu, mieszaniny mentolowo-kamforowej oraz preparaty roztoczobójcze oparte na benzoesanie benzylu. Osoby, które miały bliski kontakt z chorym, u którego stwierdzono nużeńca, także powinny zostać przebadane.

Zdrowie

Nie radzimy sobie z tym nowotworem

Wzrasta w Polsce zachorowalność i umieralność na raka pęcherza. Nie radzimy sobie z tym nowotworem – mówi dr Zbigniew Jabłonowski z I kliniki Urologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Obecny na konferencji Fundacji Watch Health Care specjalista pokreślił, że w latach 1991-2006 zachorowalność na raka pęcherza zwiększyła się w naszym kraju o 59 proc. i nadal rośnie. Co roku wykrywanych jest 6 tys. przypadków tej choroby i niedługo liczba ta zwiększy się do 7 tys.

„Jest to przede wszystkim choroba mężczyzn, głównie w wieku 65-75 lat, gdyż na raka pęcherza chorują oni czterokrotnie częściej aniżeli kobiety” – powiedział dr Jabłonowski. Na ten typ raka przypada jedna trzecia wszystkich nowotworów układu moczowo-płciowego.

Z danych jakie przedstawił wynika, że zwiększa się również umieralność na raka pęcherza. W Polsce jest pod tym względem gorzej niż w wielu innych krajach, np. w USA i Norwegii, gdzie liczba zgonów z tego powodu od kilku lat spada.

Według specjalisty, rak pęcherza jest najbardziej kosztowny w leczeniu, bardziej niż wiele innych nowotworów, takich jak rak płuca czy jelita grubego. Koszty leczenia raka płuca są dwukrotnie mniejsze.

Najczęściej stosuje się terapię oszczędzającą pęcherz. Polega ona na przezcewkowym usunięciu jedynie guza, potem chory zwykle poddawany jest chemioterapii i radioterapii. „Dzięki takiemu leczeniu 65-75 proc. pacjentów zachowuje pęcherz” – zapewniał dr Marcin Hetnał z Ośrodka Radioterapii Amethyst RTCP w Krakowie.

Dr Jabłonowski ocenił, że zbyt nisko wyceniana jest cystoskopia – badanie diagnostyczne pęcherza, podczas którego można również usunąć guza tego narządu. „Skutek tego może być taki, że ta metoda rzadziej będzie stosowana, chorym będzie się proponować inne metody, mniej dla nich korzystne” – podkreślił specjalista.

U 70 proc. chorych guz pęcherza jest jedynie powierzchniowy (nie nacieka tkanek sąsiednich). Mimo to u 90 proc. pacjentów w okresie 15 lat dochodzi do nawrotu choroby.

Zdrowie

Badacze poszukują genów odpowiedzialnych za choroby psychiczne

O takich badaniach opowie 10 maja prof. Joanna Hauser na spotkaniu w warszawskiej Szkole Wyższej Psychologii Społecznej.

Prof. Joanna Hauser z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu będzie gościem spotkania „Wyzwania humanistyki XXI wieku” w SWPS i opowie o najnowszych badaniach genetycznych w psychiatrii. Badaczka przybliży słuchaczom, jakie choroby psychiczne można odczytać z badań DNA i jakie geny mogą się do chorób umysłowych przyczyniać. Prof. Hauser opowie też, jak do badań pacjentów psychiatrii odnoszą się ich rodziny i pracownicy służby zdrowia.

Prof. Joanna Hauser jest pracownikiem Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, specjalistką w dziedzinie genetyki w psychiatrii. Naukowo zajmuje się badaniem predyspozycji genetycznych do takich chorób jak schizofrenia, depresja, anoreksja.

Cykl „Wyzwania humanistyki XXI wieku” jest skierowany do wszystkich chętnych, m.in. psychologów klinicznych, lekarzy, psychiatrów, studentów oraz doktorantów. Spotkanie zostało zorganizowane przez Interdyscyplinarne Studia Doktoranckie SWPS. Wstęp na wykład jest wolny.

Spotkanie odbędzie się w piątek, 10 maja o godz. 17.30 przy ul. Chodakowskiej 19/31 w Warszawie.

Zdrowie

Dopuszczalne dawki promieniowania

Jak wyjaśnił Fornalski – fizyk z Instytutu Problemów Jądrowych w Świerku, według polskiego prawa atomowego, roczna dopuszczalna dawka promieniowania dla zwykłego człowieka wynosi jeden milisiwert, inaczej mówiąc tysiąc mikrosiwertów, pochodzących od źródeł sztucznych, poza medycznymi. Podobne rozwiązania funkcjonują również w innych krajach.
Według informacji japońskich służb, na terenie elektrowni Fukushima I
we wtorek o godz. 7.30 czasu polskiego promieniowanie wynosiło ok. 500
mikrosiwertów na godzinę. Oznaczałoby to, że znajdujący się tam zwykli
ludzie mogliby w ciągu dwóch godzin otrzymać dopuszczalną roczną dawkę.
Jednak normy dla pracowników przemysłu jądrowego są mniej wyśrubowane.
Dlatego częściej przechodzą oni badania lekarskie i są otoczeni
dodatkową opieką.

„Dla ludzi, którzy są sporadycznie narażeni na kontakt z
promieniowaniem, dopuszczalna roczna dawka wynosi sześć milisiwertów, a
dla pracowników, którzy mają praktycznie codzienną styczność z
promieniowaniem, czyli np. obsługi reaktorów, czy osób pracujących przy
przetwarzaniu źródeł promieniowania, jest to 20 milisiwertów rocznie” –
powiedział Fornalski.

Wyjaśnił, że norma dla „zwykłego śmiertelnika” różni się od norm dla
pracowników przemysłu jądrowego, ponieważ w przyjętych regulacjach
uwzględnia się tzw. dawkę kolektywną, przypadającą na grupę ludzi.

„Przy czym prawo to nie jest stosowane zbyt konsekwentnie. Np. do
dopuszczalnej dawki nie wlicza się promieniowania przyjętego w trakcie
procedur medycznych, a zwykły rentgen płuc wiąże się z dawką
promieniowania rzędu jednego milisiwerta. A zdarza się, że pacjent musi
badanie powtórzyć. Ponadto inne procedury diagnostyczne, np. tomografia
komputerowa lub PET, to jeszcze większe dawki” – tłumaczył.

Poziom promieniowania w Fukushima I był we wtorek w nocy wysoki. O
godz. 1 czasu polskiego wynosił przy bramie elektrowni 11 930
mikrosiwertów (prawie 12 milisiwerstów) na godzinę, a bezpośrednio po
wybuchu w sąsiedztwie uszkodzonego reaktora zanotowano nawet 400
milisiwertów na godzinę.

Fornalski zaznaczył, że dawki, które zmierzono przy bramie są znaczące
i nie należy ich lekceważyć. „Dawki rzędu kilkudziesięciu milisiwertów
na godzinę są niebezpieczne dla zdrowia w przypadku wielogodzinnego
narażenia. Jeśli można, trzeba czas narażenia zawsze skracać do
minimum” – podkreślił. Dodał, że prawo atomowe przewiduje możliwość
ekspozycji ochotników usuwających zagrożenie przy tego typu awariach na
dawki do 100 milisiwertów, a jeśli w grę wchodzi ratowanie życia ludzi,
to nawet do 500 milisiwertów.

Z kolei poziom promieniowania w bezpośrednim otoczeniu reaktora po
awarii Fornalski określił jako bardzo groźny. „400 milisiwertów na
godzinę jest dużą dawką, a właściwie mocą dawki. Pierwsze niewielkie
skutki negatywne dla zdrowia mogą pojawić się już od 200 milisiwertów,
czyli po przebywaniu w takim miejscu przez pół godziny. Pamiętajmy też,
że owe negatywne skutki nie pojawią się od razu. Może minąć nawet wiele
lat. Średni okres inkubacji nowotworu to 10 lat. Może też nie być
żadnych skutków zdrowotnych, to zależy od organizmu” – tłumaczył fizyk.

Zaznaczył jednak, że chociaż na terenie elektrowni promieniowanie
znacznie przekracza przyjęty przez prawo bezpieczny poziom, to do dawki
śmiertelnej jest jeszcze bardzo daleko.

„Istnieje pojęcie LD-50 (lethal dose 50 proc.). Oznacza to dawkę, po
otrzymaniu której połowa populacji umiera po miesiącu (przy braku
leczenia). Dla ludzi LD-50 wynosi około 3,5 siwerta, czyli 3500
milisiwertów. Niektóre źródła podają od 3 do nawet 5 siwertów” –
podkreślił Fornalski.

PAP – Nauka w Polsce, Urszula Rybicka

Dzieki uprzejmości: PAP – Nauka w Polsce

Zdrowie

Terapia genowa działa u pacjentów z chorobą Parkinsona

W przeszłości pojawiały się już doniesienia na temat zastosowania terapii genowej u chorych na parkinsona – postępującego schorzenia neurologicznego, spowodowanego uszkodzeniem neuronów biorących udział w kontroli ruchów, równowagę ciała i emocje.
Najnowsza praca, jako pierwsza, dostarcza jednak tak przekonujących
dowodów nie tylko na bezpieczeństwo, ale i skuteczność terapii genowej
w chorobie Parkinsona i jakiejkolwiek chorobie neurologicznej –
podkreślają autorzy pracy.

?Te badania są dowodem na to, że nadzieje związane z zastosowaniem
terapii genowej w chorobach neurodegeneracyjnych (uszkadzających układ
nerwowy – PAP) stały się rzeczywistością? – komentuje kierujący pracami
prof. Peter LeWitt z Fenstein Institute for Medical Research w
Manhasset w Nowym Jorku.

Neurolog i jego współpracownicy z siedmiu ośrodków medycznych w USA
przeprowadzili badania na 45 pacjentach w wieku 30-75 lat, którzy
minimum od 5 lat cierpieli na chorobę Parkinsona i wcześniej reagowali
na terapię lewodopą.

Zastosowany przez naukowców gen koduje enzym – dekarboksylazę kwasu
glutaminowego (GAD) – odpowiedzialny za syntezę kwasu
gamma-aminomasłowego (GABA), który jest głównym neuroprzekaźnikiem
hamującym aktywność neuronów w mózgu. W chorobie Parkinsona obniża się
nie tylko produkcja neuroprzekaźnika o nazwie dopamina, ale dochodzi
też do spadku poziomu GABA – tłumaczy współautor pracy dr Matthew
During z Ohio State University.

Terapeutyczny gen wbudowany w materiał genetyczny nieszkodliwego wirusa
(co ułatwia jego wbudowanie do DNA ludzkiego) jest przez cewnik
wprowadzany w miliardach kopii do jądra niskowzgórzowego, struktury
mózgu biorącej udział w kontroli ruchów ciała. W chorobie Parkinsona
jest ono zbyt aktywne, w związku ze spadkiem produkcji GABA.

Z 45-osobowej grupy 22 osoby poddano terapii genowej, podczas gdy 23
osoby przeszły symulowaną operację, w której neurochirurdzy tylko
częściowo wcinali się w czaszkę pacjenta, a zamiast roztworu z kopiami
genu wprowadzano im podskórnie sól fizjologiczną.

Okazało się, że po sześciu miesiącach u chorych poddanych terapii
genowej zaburzenia ruchowe złagodniały średnio o 23 proc., podczas gdy
w grupie kontrolnej o ok. 13 proc. ?Poprawa funkcji motorycznych była
widoczna w ok. miesiąc po leczeniu i utrzymywała się bez zmian przez
całe sześć miesięcy obserwacji? – podkreśla biorący udział w badaniach
dr Michael Kaplitt z Weill Cornell Medical College w Nowym Jorku.

Działania niepożądane terapii ? najczęściej bóle głowy i wymioty ? były
stosunkowo łagodne i szybko mijały.

Zdaniem autorów pracy, wyniki te rodzą nadzieje na przyszłe
zastosowanie terapii genowej u chorych na parkinsona. Badacze
zaznaczają zarazem, że konieczne są dalsze badania, by zweryfikować ich
obserwacje.

Naukowcy szukają nowych metod terapii choroby Parkinsona, bo obecnie
stosowane leki dają dobre efekty tylko przez pewien czas. W miarę
rozwoju choroby ich skuteczność spada i pojawiają się działania
niepożądane. Również inna metoda, tzw. głęboka stymulacja mózgu nie
jest w stanie złagodzić wszystkich objawów u pacjentów z zaawansowaną
chorobą.

Jak ocenia autor komentarza odredakcyjnego do artykułu Michael
Hutchinson z New York University, choć najnowsza praca dostarcza
najlepszych jak dotąd dowodów na skuteczność terapii genowej w chorobie
Parkinsona to pozostawia też bez odpowiedzi wiele pytań, np. o trwałość
efektu terapeutycznego, długoterminowe bezpieczeństwo metody oraz o to,
czy ma jakąkolwiek przewagę nad głęboką stymulacją mózgu.

PAP – Nauka w Polsce, Joanna Morga

Dzięki uprzejmości: PAP – Nauka w Polsce

Zdrowie

Rozpoczęła się budowa centrum radioterapii protonowej

Budowa centrum radioterapii protonowej, przeznaczonego do nieinwazyjnego leczenia skomplikowanych nowotworów, rozpoczęła się w czwartek na terenie Instytutu Fizyki Jądrowej PAN w Krakowie. Będzie to pierwszy tego typu ośrodek w Polsce i Europie środkowej.

Kierownik projektu prof. Paweł Olko poinformował, że Centrum
Cyklotronowe Bronowice (CCB) będzie nieinwazyjnie leczyć nowotwory
zlokalizowane w dowolnym obszarze ciała. Leczenie będzie się odbywać z
wykorzystaniem cyklotronu czyli akceleratora przyspieszającego wiązki
protonów do energii 235 MeV.
Jak wyjaśnił naukowiec, do napromieniania używana jest wiązka protonów
– cząstek o dodatnim ładunku elektrycznym – które podczas terapii są
przyspieszane w cyklotronie do ogromnych prędkości, a po jego
opuszczeniu są kierowane w obszar guza.

Centrum będzie jednocześnie ośrodkiem badawczym. Prowadzone w nim będą
eksperymenty w dziedzinie fizyki jądrowej oraz prace w zakresie fizyki
radiacyjnej, radiobiologii i inżynierii materiałowej.

Utworzenie ośrodka będzie kosztowało ok. 200 mln zł, z czego ponad
połowa będzie pochodzić z unijnego dofinansowania w ramach Programu
Innowacyjna Gospodarka. Pozostałe pieniądze przekaże budżet państwa.
Otwarcie Centrum Cyklotronowego Bronowice zapowiadane jest na koniec
2013 roku.

Projekt realizowany będzie w dwóch fazach. W pierwszej wybudowane
zostanie centrum wyposażone w cyklotron Proteus C-235 wraz z
infrastrukturą techniczną do radioterapii protonowej gałki ocznej.
Umożliwi ono leczenie głębiej położonych guzów w okolicy nerwu
wzrokowego oraz guzów pozagałkowych. Docelowo takiej terapii będzie
poddawanych 150 pacjentów rocznie.

W drugiej fazie, do końca 2014 roku, cyklotron zostanie doposażony w
stanowisko z obracanym ramieniem, które pozwoli na bardzo precyzyjnie
kierowanie wiązki protonów na ciało pacjentów. Pozwoli to na
protonoterapię najtrudniej dostępnych do leczenia nowotworów
zlokalizowanych w dowolnej części ciała. Jedno takie stanowisko pozwoli
leczyć do 500 pacjentów rocznie.

Cyklotron oraz hale eksperymentalne zostaną umieszczone w specjalnie
zbudowanym w tym celu bunkrze o grubości ścian i sufitu wynoszącej 3-4
metry, co zapewni całkowitą osłonę ludzi i środowiska przed
promieniowaniem jonizującym.

Projekt realizuje Instytut Fizyki Jądrowej im. Henryka
Niewodniczańskiego Polskiej Akademii Nauk w ramach Konsorcjum
Narodowego Centrum Radioterapii Hadronowej. W skład konsorcjum wchodzi
12 jednostek naukowych i terapeutycznych z całego kraju.

W krakowskim Instytucie Fizyki Jądrowej PAN od kilku miesięcy działa
pierwsza w Polsce Pracownia Radioterapii Protonowej, która do leczenia
nowotworów oka wykorzystuje zainstalowany tam mniejszy cyklotron AIC
144. W zeszłym miesiącu odbyły się pierwsze udane zabiegi
napromieniania nowotworów gałki ocznej u dwojga pacjentów.

Z doświadczeń podobnych ośrodków medycznych w Europie wynika, że
radioterapia protonowa u ponad 90 proc. pacjentów prowadzi do
całkowitego zniszczenia komórek nowotworowych. RGR

Dzieki uprzejmości: PAP – Nauka w Polsce
Zdrowie

Rekonstrukcja połowy krtani u chorego na nowotwór

Pierwszą w Polsce rekonstrukcję połowy krtani u chorego na nowotwór tego narządu przeprowadzili z sukcesem chirurdzy z Centrum Onkologii ? Instytutu im. Marii Skłodowskiej?Curie w Gliwicach. To czołowy polski ośrodek w dziedzinie onkologicznej chirurgii rekonstrukcyjnej.

Operacja usunięcia nowotworu i odtworzenia połowy krtani pozwoli
pochodzącemu z Turzy Śląskiej mężczyźnie normalnie mówić i oddychać.
Wcześniej chorzy w jego sytuacji byli skazani na oddychanie do końca
życia przez rurkę tracheostomijną i nie mogli mówić, lub używali do
tego celu specjalnego aparatu, tzw. sztucznej krtani.

Podczas 9-godzinnej operacji lekarze najpierw usunęli nowotwór wraz z
prawą częścią krtani i przyległymi węzłami chłonnymi. Potem odtworzyli
ten organ z własnych tkanek pacjenta, pobranych i spreparowanych w
czasie tej samej operacji ? chrząstki żebra, płata powięzi ze skroni
oraz śluzówki policzka.

Pionierski także w skali Europy zabieg przeprowadził zespół pod
kierownictwem prof. Adama Maciejewskiego ? jedynego Polaka, należącego
do Amerykańskiego Towarzystwa Chirurgii Rekonstrukcyjnej i
Mikronaczyniowej.

?Co roku na zjazdach przedstawiane są nowe doświadczenia i wyniki badań
z całego poprzedniego roku. Podczas ostatniego usłyszałem pierwsze tego
typu doniesienie z ośrodka kanadyjskiego, gdzie kilkunastu chorych
leczono z bardzo dobrym efektem. To nas skłoniło, żeby opracować tę
metodę. Dzięki współpracy z zakładem anatomii w Katowicach ćwiczyliśmy
to na zwłokach. Po opracowaniu całego planu resekcji i rekonstrukcji
zdecydowaliśmy się wykonać to w warunkach klinicznych. Na świecie ta
metoda jest stosowana zaledwie od 2-3 lat? – powiedział prof.
Maciejewski PAP.

Liczący ponad 60 lat pacjent cierpiał na nowotwór w średnim stopniu
zaawansowania i był w ogólnie dobrym stanie, dzięki czemu został
zakwalifikowany do długiego zabiegu. Chrząstka z jego żebra stanowiła
rodzaj stelaża, który otoczono płatem powięzi z naczyniami
krwionośnymi, pobranym spod skóry w rejonie skroni. Naczynia te zostały
połączone przy użyciu mikroskopu ze znajdującymi się w szyi. Ta powięź
po pewnym czasie spowoduje dzięki własnemu ukrwieniu przerośnięcie
chrząstki żebrowej naczyniami, tworząc z niej żywy i stały element.
Ostatnia część niezbędna do rekonstrukcji to pobrana z jamy ustnej
śluzówka policzka, która od środka całego kompleksu tworzy wewnętrzną
powierzchnię nowej krtani.

?Modelujemy to wszystko w kształt przypominający literę V,
odpowiadający połowie pozostawionej krtani. To, co odtwarzamy, jest
lustrzanym odbiciem strony przeciwnej w tak dużym stopniu, jak to tylko
możliwe. Najtrudniejsze jest właśnie takie ukształtowanie całego
kompleksu, żeby to się co do milimetra zgadzało. Tutaj przesunięcie
nawet o 1-2 mm w którąś ze stron oznaczałoby pogorszenie funkcji.
Kluczowa jest więc precyzja, dokładność przypasowania tych elementów,
one muszą być rzeczywiście bardzo dobrze dopracowane, bardzo
szczegółowo ukształtowane, żeby to wszystko miało sens? – wyjaśnił
prof. Maciejewski.

Operację przeprowadzono w poniedziałek, jednak lekarze czekali z
publikacją informacji, by mieć pewność, że wszystko przebiega
prawidłowo. Dzień po zabiegu, przebywając jeszcze na oddziale
intensywnej terapii, chory pokazał lekarzom wzniesiony do góry kciuk.
Mężczyzna na razie nie mówi, ma bowiem założoną na 14 dni założoną
rurkę tracheostomijną, która po tym czasie zostanie usunięta. Dzięki
rekonstrukcji ma jednak normalnie oddychać i mówić.

Jak podkreśla prof. Maciejewski, dotychczas sytuacja chorych z takim
nowotworem była znacznie trudniejsza. Jeśli operacja była konieczna,
byli po niej skazani na oddychanie przez rurkę do końca życia, nie
mogli też mówić, chyba, że przy użyciu specjalnego aparatu, co jest dla
chorych także sporym problemem psychicznym. Dźwięki wydawane z pomocą
sztucznej krtani odbiegają od brzmienia ludzkiego głosu, są też mniej
zrozumiałe dla otoczenia. Czasem, aby zaoszczędzić krtań, pacjenci byli
leczeni jedynie radio- i chemioterapią. Metoda operacyjna zmniejsza
jednak ryzyko nawrotu, a ponadto – jeżeli po radioterapii następował
nawrót, było to i tak jednoznaczne z usunięciem całej krtani.

?Po tej operacji efekt onkologiczny jest taki sam, tzn. ryzyko nawrotu
choroby czy niepowodzeń jest takie samo, a funkcja krtani jest
normalna, co jest przecież ogromną korzyścią. Jeśli po naszej
procedurze nastąpi nawrót, to jest jeszcze możliwość radio- i
chemioterapii przy pozostawieniu krtani? – podkreślił Adam Maciejewski.

Nowotwór krtani jest najczęstszym nowotworem rejonu głowy i szyi. Prof.
Maciejewski szacuje, że z nowej metody może rocznie korzystać w
Gliwicach ponad 100 pacjentów rocznie. Jest ona adresowana do chorych z
nowotworem o średnim stopniu zaawansowania. Mniej zaawansowane są z
powodzeniem leczone laseroterapią czy ograniczonymi zabiegami. Większe
się do tej metody nie kwalifikują, bo jeżeli konieczność resekcji
obejmuje więcej niż połowę krtani, to metody nie da się zastosować ?
krtań to narząd zbyt skomplikowany, by wykonać go od podstaw od nowa.

Dzieki uprzejmości: PAP – Nauka w Polsce, Anna Gumułka