Zoologia

Zoologia

Sprawia, że czułki ślimaka pulsują i wyglądają jak gąsienice

Przywra to wyjątkowo podstępny pasożyt. Nie tylko sprawia, że czułki ślimaka pulsują i wyglądają jak gąsienice, ale także zmienia zachowanie swojego żywiciela i naraża go na atak owadożernych ptaków. Opisali to badacze z Wrocławia.
Praca prof. Heleny Wandy Wesołowskiej i prof. Tomasza Wesołowskiego z Wydziału Nauk Biologicznych Uniwersytetu Wrocławskiego została opublikowana w marcu w „Journal of Zoology”.

Prof. Tomasz Wesołowski w rozmowie z PAP wyjaśnia, że pasożyt – przywra Leucochloridium paradoxum – jest znany od XIX wieku i od bardzo dawna podejrzewano, że musi on zmieniać zachowanie swojego pośredniego żywiciela – ślimaka. Jednak wcześniej nie opublikowano na ten temat rzetelnych badań naukowych. Dopiero Polacy po raz pierwszy opisali, jak za sprawą przywry zmienia się zachowanie ślimaka.

Ślimak zarażony pasożytem wygląda bardzo charakterystycznie (http://www.youtube.com/watch?v=EWB_COSUXMw). Jego czułki są znacznie powiększone, a wewnątrz nich rytmicznie pulsują kolorowe, prążkowane wyrostki przywry. To sprawia, że czułki ślimaka przypominają pełzające po liściu gąsienice. To właśnie dlatego ślimak narażony jest na ataki owadożernych ptaków, które przecież nie mają ślimaków w swoim menu. Dzięki temu przywry ze ślimaków trafiają do organizmu ptaka – swoich ostatecznych żywicieli. Tam mogą przybrać postać dorosłą i wytwarzać jaja.

Badacze z UWr pokazali, że ślimak z pasożytem nie tylko wygląda inaczej niż ślimak zdrowy, ale i inaczej się zachowuje. Obserwacje przeprowadzono w Białowieskim Parku Narodowym. Tam porównywano zachowania ślimaków bursztynek (Succinea putris) zdrowych oraz z pasożytem. Bursztynki będące nosicielami przywr przebywały częściej na wyższych partiach roślin, nierzadko na szczytowych liściach czy kwiatostanach, w miejscach dobrze oświetlonych. Wybierały miejsca odkryte, nieosłonięte przez liście i były znacznie bardziej aktywne ruchowo. Nieraz zdarzało się, że poruszały się przez cały czas trwającej 45 min obserwacji, i tylko wyjątkowo skrywały swoje czułki wewnątrz ciała. Wszystko to powodowało, że pulsujące w czułkach ślimaka „gąsienice” były bardziej widoczne dla ptaków owadożernych.

Prof. Wesołowski opowiada, że postać dorosła przywry pasożytuje u wielu ptaków – m.in. sikor, zięb czy muchołówek. Jaja wydostają się na zewnątrz z odchodami ptaków. A odchody te – bogate w sole mineralne – stanowią pożywienie ślimaków. Jak opisuje badacz, przywra umiejscawia się w wątrobie ślimaka i sprawia, że ten nie może się rozmnażać (aby nie tracić energii potrzebnej na utrzymanie pasożyta). Pasożyt przybiera na masie i tworzy wypustki, które widać na zewnątrz – w postaci „pulsujących gąsienic” w czułkach ślimaka.

Ptak, który da się oszukać, nie zjada całego ślimaka, a jedynie urywa jego czułek. Z tej sytuacji uchodzi więc z życiem nie tylko ślimak, ale i przywra, która w nim żeruje. Po jakimś czasie może wytworzyć w swoim żywicielu kolejny wyrostek i oszukiwać kolejne ptaki. W układzie pokarmowym ptaka uwalniają się młode przywry, które dalsze etapy rozwoju przechodzą w jelicie zwierzęcia.

„Przywra nie ma ani jednej komórki nerwowej, żadnych narządów zmysłów, jednak czułki pulsują tylko wtedy, gdy jest jasno. Jak się to dzieje, nie mamy pojęcia” – zaznacza rozmówca PAP.

Na razie nie znane są też mechanizmy, które sprawiają, że ślimak pod wpływem przywry zmienia swoje zachowanie. Rozmówca PAP tłumaczy, że jednym z możliwych wytłumaczeń jest to, że wyrostki przywry znajdują się bardzo blisko nerwów wzrokowych ślimaka. Ślimak z pasożytem gorzej więc widzi. Aby utrzymać odpowiedni poziom oświetlenia, wchodzi na bardziej słoneczne części rośliny. Ślimak, który musi wykarmić pasożyta, musi też dłużej żerować.

Zoologia

Ornitolodzy rozpoczynają inwentaryzację dziupli sów włochatych

Ornitolodzy rozpoczynają inwentaryzację dziupli sów włochatych w Puszczy Napiwodzko-Ramuckiej. Dotychczas służbom ochrony przyrody znana była lokalizacja tylko jednego miejsca lęgowego tego cennego gatunku sowy na Warmii i Mazurach.

Koordynator akcji Michał Zygmunt z Komitetu Ochrony Orłów powiedział PAP, że inwentaryzacja ma określić liczbę i lokalizację dziupli zajmowanych przez sowy włochate. Jak wyjaśnił służy to ochronie miejsc rozrodu tego zagrożonego gatunku. Brak wystarczającej liczby dziupli jest czynnikiem ograniczającym populację tych ptaków. Dlatego każde odnalezione przez ornitologów miejsce lęgowe jest obejmowane ochroną strefową. W promieniu 50 m od dziupli zakazane są wszelkie formy działalności ludzkiej.

Inwentaryzacja ma również zweryfikować dane o liczebności włochatek w Puszczy Napiwodzko-Ramuckiej, szacowanych w literaturze fachowej na 40-60 par. Jednak służby ochrony przyrody nie wiedzą o żadnej dziupli włochatek w tym kompleksie leśnym.

„Jedyne znane nam miejsce lęgowe tego gatunku w woj. warmińsko-mazurskim znajduje się w Puszczy Rominckiej w okolicach Gołdapi. Dlatego taka inwentaryzacja jest pomysłem godnym aprobaty” – powiedziała PAP rzeczniczka Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Olsztynie Justyna Kostrzewska.

Ornitolodzy przeprowadzą swoją akcję w dwóch etapach. Pierwszy potrwa od marca do końca kwietnia i będzie odbywał się nocami, gdy sowy są aktywne. Obserwatorzy mają nasłuchiwać pohukiwań samców włochatki, które w tym okresie starają się zwabić śpiewem samice do dziupli. Pozwoli to na wstępną lokalizację leśnych rewirów, w których występują te drapieżniki. Głos włochatki słychać z odległości 2-4 km. Ptaki pozwalają ludziom podejść na niewielką odległość i nie okazują niepokoju.

Drugi etap inwentaryzacji potrwa do połowy czerwca, gdy dziuple są już zajęte przez samice wysiadujące jaja. Ornitolodzy będą w ciągu dnia wypatrywali drzew dziuplastych, w pobliżu których leżą pióra i tzw. wypluwki. Sowy włochate zajmują dziuple wykute przez dzięcioła czarnego. Żeby sprawdzić, czy wewnątrz jest włochatka, trzeba drapać w korę. Sowa tego gatunku pojawia się wtedy w oknie dziupli. Stara się zasłonić własnym ciałem cały wlot do gniazda, żeby uchronić młode przed kunami, które są dla nich największym zagrożeniem.

Puszcza Napiwodzko-Ramucka zajmuje 116 tys. ha. Tak duży obszar może zostać zinwentaryzowany dzięki temu, że ornitolodzy wybrali 40 rewirów, w których jest najwyższe prawdopodobieństwo występowania sów włochatych. Preferują one lasy sosnowe z ponad 120-letnim drzewostanem i otoczone łąkami lub zrębami, zasobnymi w małe gryzonie. Samce są skłonne do wielożeństwa. Zdarza się, że mają jednocześnie kilka partnerek w dziuplach położonych blisko siebie.

Włochatka zwyczajna (Aegolius funereus) jest małą sową (mniejszą od gołębia) o zaokrąglonej sylwetce, dużej głowie i krótkim ogonie. Liczebność tych ptaków w kraju ocenia się na mniej niż 1 tys. par.

Zoologia

Maszop i Maszoperia w helskim fokarium

Maszop i Maszoperia to dwie foki szare, które przyszły na świat w helskim fokarium. Za dwa lub trzy miesiące zostaną wypuszczone do Bałtyku. Najmłodsze helskie foki można obserwować na stronie www.sledzfoki.pl, gdzie prowadzona jest transmisja on-line z fokarium.

Pierwszy na świat przyszedł Maszop, który po urodzeniu ważył 16,5 kg przy długości 110 cm. Szczenię 8 marca po godz. 8 rano urodziła 16-letnia samica Ania. „Poród przebiegał bardzo sprawnie. Foka przygotowywała się do niego przez kilka godzin. Od drugiej w nocy leżała w izolatce, pozostając pod czujnym okiem opiekunów” – informuje na stronie internetowej Fokarium Stacji Morskiej Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego.

W poniedziałek rano foka Ewa urodziła Maszoperię, która ważyła ponad 17 kg i miała ponad metr długości.

W zgodzie z tradycją szczeniętom nadano imiona zaczynające się na od litery miesiąca, w którym przyszły na świat. „Maszoperia to dawna spółdzielnia rybacka, w której byli zrzeszeni maszopi, czyli członkowie tych spółdzielni. Odwołujemy się więc do lokalnej tradycji” – powiedziała PAP dr Iwona Pawliczka, zastępca kierownika Stacji Morskiej IOUG.

To co dzieje się w helskim fokarium można na bieżąco śledzić na stronie: http://www.sledzfoki.pl/ . Dzięki transmisji każdy może sprawdzić co w tej chwili porabia lider grupy i najstarszy samiec w stadzie: Bubas, czy w basenach pływają akurat estońskie szesnastolatki: Ewa, Ania, Agata, szwedzka Unda Marina, czy najmłodszy w foczej grupie – Fok. Pierwszego w tym roku foczego porodu nie można było jednak obserwować, bo – jak informują opiekunowie fok – samica Ania wybrała porodówkę, która jako jedyna znajduje się poza zasięgiem nowej kamery online.

Ciąża u samic fok trwa nieco ponad 11 miesięcy. Potomstwo przychodzi na świat na przełomie lutego i marca. W każdym miocie jest tylko jedno młode. Małe foki ważą od 9 do 15 kilogramów i są pokryte gęstym, białym futrem zwanym lanugo, które zrzucają po kilku tygodniach. Gdy dorosną, osiągają wagę 100-200 kg w przypadku samic i 200-300 kg w przypadku samców.

Maluchy spędzą w helskim fokarium od dwóch do trzech miesięcy. Przez pierwsze trzy tygodnie będą się nimi opiekować matki. Po tym czasie samice foki szarej pozostawią młode i zajmą się nimi opiekunowie ze Stacji, pod których pieczą foki przejdą specjalny trening, przygotowujący do życia w naturze.

W maju lub czerwcu zwierzęta urodzone w helskim fokarium zostaną wypuszczone na wolność – do Bałtyku. Będą to już kolejne młode foki, które trafią do morza w ramach prowadzonego przez Stację od 2002 roku projektu reintrodukcji fok szarych na południowym wybrzeżu Morza Bałtyckiego. Projekt ten ma na celu m.in. odtworzenie lokalnych kolonii tego gatunku, niegdyś licznie występujących u naszych brzegów.

Organizacja WWF Polska podkreśla, że przez najbliższy miesiąc istniej duże prawdopodobieństwo pojawienia się foczych szczeniąt również w naturze, na polskim brzegu Bałtyku. Ekolodzy apelują o zapewnienie foce spokoju i niezwłoczny kontakt telefoniczny z wolontariuszami Błękitnego Patrolu, których zadaniem jest patrolowanie polskiego wybrzeża, właśnie pod kątem występowania ssaków morskich. Focze szczenięta, które będą wymagały rehabilitacji, trafią pod opiekę pracowników fokarium. Potem, jeśli pozwoli na to ich stan, trafiają z powrotem do Bałtyku.

„Dotychczas nie odnotowaliśmy żadnego udokumentowanego przypadku narodzin fok szarych na polskim wybrzeżu. Wynika to z faktu, że te ssaki były rzadkimi gośćmi w naszych wodach, po tym, jak prawie wiek temu zostały wytrzebione przez ludzi. Jednak od kilku lat foki pojawiają się coraz częściej na naszym brzegu. Ma to związek ze wzrostem populacji fok szarych w Bałtyku, dzięki działaniom na rzecz ich ochrony, które wcześniej podjęły kraje skandynawskie” – tłumaczy Katarzyna Pietrasik z WWF Polska.

Sto lat temu w Bałtyku żyło 100 tysięcy fok szarych. W latach 80. było to zaledwie 4,5 tysiąca. Wtedy foki objęto ochroną prawną. Wzrastający trend wśród bałtyckiej populacji fok szarych obserwowany jest od 2000 roku, kiedy w Bałtyku doliczono się 10 tys. osobników. Podczas corocznego liczenia tych morskich ssaków w 2013 roku zaobserwowano blisko 30 tys. fok szarych. Większość z nich, ponad 10 tys., bytuje na obszarze archipelagów wysp centralnej Szwecji.

Zoologia

Hibernacja ssaków nie jest snem

Hibernacja ssaków, potocznie nazywana snem zimowym, snem nie jest. O tym, jak działa organizm podczas hibernacji i dlaczego ssaki muszą budzić się w ciągu zimy, opowiada PAP dr Michał Wojciechowski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Wśród ssaków, które zapadają w zimowe odrętwienie są m.in. jeże, chomiki, susły, świstaki, nietoperze, kolczatki czy lemury, a także niedźwiedzie.

„Chociaż przyjęło się nazywać odrętwienie snem zimowym, to snem ono nie jest” – mówi w rozmowie z PAP dr Michał Wojciechowski z Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Tłumaczy, że sen w biologii jest precyzyjnie zdefiniowany, składa się z faz, w których obserwujemy zarówno aktywność mózgową, jak i aktywność mięśni. Tymczasem u hibernujących zwierząt taka aktywność jest bardzo ograniczona. Nie występuje np. faza snu REM, a to podczas niej pojawiają się sny. „Stąd możemy zakładać, że hibernujące zwierzęta nie mają żadnych snów” – uważa dr Wojciechowski. Przyznaje jednak, że dyskusja o tym, czy hibernacja jest rodzajem snu, trwa wśród naukowców od kilkudziesięciu lat.

Podczas hibernacji u ssaków tempo przemiany materii jest przynajmniej 20 razy mniejsze niż normalnie, a temperatura ciała jest zazwyczaj o 1 st. Celsjusza wyższa od temperatury otoczenia (u europejskich nietoperzy może obniżyć się nawet do ok. 4-5 st. Celsjusza). Dr Wojciechowski zaznacza, że temperatura u większych zwierząt – np. niedźwiedzi, nie spada aż tak drastycznie (u baribala, amerykańskiego niedźwiedzia – obniża się do ok. 30 st. Celsjusza). „Dlatego biolodzy w przypadku niedźwiedzi nie mówią o hibernacji, ale raczej o letargu” – przyznaje badacz. Poza tym biolog zaznacza, że podczas odrętwienia niemal nie funkcjonuje układ immunologiczny zwierzęcia – patogeny zwalczane są dopiero, kiedy tempo metabolizmu wróci do normalnego poziomu.

W czasie poprzedzającym hibernację, kiedy skraca się dzień, zwierzęta wybierają sobie bezpieczne lokum na zimę (tzw. hibernakulum), w którym temperatura jest niska, ale raczej stabilna. Zanim rozpoczną hibernację, magazynują energię – chomiki mogą wypychać swoje nory pokarmem, a inne zwierzęta, np. świstaki czy nietoperze – gromadzą tkankę tłuszczową. U zwierząt wzrasta aktywność tzw. brunatnej tkanki tłuszczowej, która służy tylko do produkcji ciepła potrzebnego m.in. po to, by się wybudzić. „Dzięki tej tkance zwierzę jest w stanie wygenerować szybko dużo ciepła, podgrzać krew i w ciągu kilkunastu do kilkudziesięciu minut się wybudzić” – zaznacza naukowiec. Dodaje, że źródłem energii potrzebnej do zwykłych czynności życiowych jest inna tkanka – żółta tkanka tłuszczowa.

Jak opowiada dr Wojciechowski, ssaki co jakiś czas – np. co kilkanaście dni, miesiąc, a w przypadku nietoperzy nawet 80 dni – muszą się wybudzać, m.in. po to, by oddać mocz, napić się, sprawdzić, co się dzieje w otoczeniu czy pożywić się (np. w przypadku chomików). „Według niektórych teorii, zwłaszcza dotyczących susłów, zwierzęta budzą się też, by… się wyspać” – dodaje rozmówca PAP. Dr Wojciechowski opowiada, że mózg susła, który wybudzi się ze snu zimowego, działa podobnie jak u zwierzęcia, które długo nie spało.

Zwierzęta z hibernacji wychodzą również w reakcji na bodźce z zewnątrz – np. kiedy się ich dotyka, albo kiedy w otoczeniu zrobi się zbyt zimno – wtedy zwierzę musi poszukać bezpieczniejszego schronienia. Taki okres aktywności, zwany wybudzeniem śródhibernacyjnym, trwać może od kilku godzin nawet do doby. Po tym czasie zwierzę znów zapada w odrętwienie. Dr Wojciechowski przyznaje, że wybudzenie jest to proces bardzo kosztowy energetycznie – zwierzę zużywa na nie 75 proc. energii przeznaczonej na całą hibernację. Dlatego tak ważne jest, by nie budzić zwierząt z odrętwienia.

Zdaniem dr. Wojciechowskiego odległa jest jeszcze wizja tego, by hibernacji poddać człowieka, a potem go z niej wybudzić. „Nasze układy enzymatyczne nie pozwalają, byśmy funkcjonowali z niskim tempem metabolizmu, a więc i przy niskiej temperaturze ciała. Cała +maszyneria+ w naszych organizmach przystosowana jest do działania w temperaturze ciała powyżej 35 st. Celsjusza” – komentuje. Przyznaje, że problemem byłoby m.in. to, jak podnieść temperaturę ciała, by doprowadzić organizm na powrót do stanu używalności. W końcu nie dysponujemy dobrze rozwiniętą brunatną tkanką tłuszczową. „Poza tym hibernacja byłaby dla nas na pewno kosztowna biologicznie” – uważa.

Zoologia

Ptaki zaczynają śpiewać jak na wiosnę i mniej licznie niż zwykle odwiedzają karmniki

Choć kalendarzowa zima dopiero się rozpoczęła, z powodu łagodnej aury i mnóstwa słońca, ptaki zaczynają śpiewać jak na wiosnę i mniej licznie niż zwykle odwiedzają karmniki – zauważają ornitolodzy z Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków.

Miłośnicy ptaków mogą się zastanawiać, czy podczas obecnej zimy – ciepłej i bezśnieżnej – należy ptaki dokarmiać. „Rozpoczęte jesienią dokarmianie można kontynuować. Musimy jednak pamiętać, że wiele ptaków w pierwszej kolejności będzie poszukiwać pokarmu naturalnego, traktując karmnik jak +deskę ratunkową+. Nie zdziwmy się więc, jeśli w naszej stołówce spotkamy mniej ptasich gości niż zazwyczaj” – tłumaczy Antoni Marczewski z OTOP.

Przy dodatnich temperaturach i dużej wilgotności najlepiej jest zrezygnować ze słoniny, która w takich warunkach szybko się psuje i może zaszkodzić. Ptakom dawajmy za to mieszankę nasion (szczególnie lubią słonecznik, konopie i rzepak, a także drobne ziarna zbóż) i owoce (orzechy, krojone jabłka). „Pamiętajmy, aby ilość pożywienia dopasować do liczby ptaków, aby jedzenie nie zalegało zbyt długo w karmniku i się nie psuło” – dodaje Marczewski.

Ornitolodzy zwracają też uwagę, że wiele gatunków ptaków zaczęło śpiewać wcześniej niż zwykle. W parkach i lasach można już usłyszeć śpiewające sikory, kowaliki, pełzacze czy kosy. W niektórych miejscach koncertują szpaki, które z reguły śpiewają dopiero na przełomie lutego i marca. Może to mieć związek m.in. z coraz większą ilością światła słonecznego, które odgrywa główną rolę w sterowaniu ich aktywnością głosową – tłumaczą.

Przedstawiciel OTOP zaznacza, że „znane są również przypadki budowania gniazd, np. przez gawrony. Takie doniesienia pochodzą jednak głównie z miast, gdzie warunki klimatyczne są zasadniczo łagodniejsze niż poza terenami zurbanizowanymi, więc nie mamy pewności, czy na pewno istnieje tu związek z tegoroczną ciepłą zimą”.

Obecny sezon zimowy na pewno nie sprzyja obserwacjom jemiołuszek, ptasich gości przylatujących do Polski ze Skandynawii oraz Rosji. Użytkownicy prowadzonego przez OTOP portalu AwiBaza.pl w sezonie 2012/2013, między początkiem grudnia a połową stycznia, odnotowali ponad 170 spotkań z tym gatunkiem, podczas gdy w analogicznym okresie na przełomie lat 2013/14 – zaledwie 20. Przybyło za to obserwacji żurawi i to nie tylko w Polsce Zachodniej, gdzie panuje łagodniejszy klimat, ale też na terenach położonych bardziej na wschód. „W obu przypadkach decydującym czynnikiem jest dostępność pokarmu” – mówi Marczewski. – Jemiołuszki prawdopodobnie wciąż mają wystarczająco dużo owoców na północy, a brak śniegu na polach pozwala żurawiom żerować w Polsce bez konieczności przemieszczania się na zachód i południe Europy”.

W ostatni weekend stycznia OTOP organizuje Zimowe Ptakoliczenie i zachęca do szczególnie bacznej obserwacji ptaków żyjących w bezpośrednim sąsiedztwie człowieka. „Gorąco zachęcamy do tego, aby 25 i 26 stycznia policzyć ptaki odwiedzające karmnik, przydomowy ogród, podwórko, park czy te przebywające wśród wiejskich zabudowań. Akcja pozwala nam lepiej poznać gatunki spędzające zimę blisko ludzi i zobaczyć, jak na przestrzeni lat – bo to już dziesiąta edycja liczenia – zmienia się ich sytuacja. Liczyć może każdy, niezależnie od poziomu wiedzy przyrodniczej” – zaznacza Antoni Marczewski.

Zoologia

Ogólnopolska akcja liczenia zimujących nietoperzy

Choć obecna zima jest niezbyt mroźna, nietoperze śpią jak zwykle, najchętniej w miejscach chłodnych, ciemnych i wilgotnych – informują przyrodnicy z „Salamandry” i zapraszają do udziału w ogólnopolskiej akcji liczenia zimujących nietoperzy.

Tegoroczna zima nie ma większego wpływu na nietoperze. Nawet w najcieplejsze noce liczba latających owadów – podstawowego ich pożywienia – jest znikoma. Dlatego te latające ssaki miesiące zimowe „przesypiają” (a właściwie hibernują) w różnego rodzaju podziemiach, ale czasem także na strychach, dziuplach czy w szczelinach bloków mieszkalnych.

Zaczyna się właśnie coroczna ogólnopolska akcja liczenia zimujących nietoperzy, w której weźmie udział koło setki przyrodników, wspieranych przez wolontariuszy.

„Dlaczego nietoperze liczy się zimą? Bo wówczas najłatwiej. Wiszą nieruchomo na ścianach i stropach jaskiń, piwnic, bunkrów… Nawet jeśli niektóre schowają się w różne szczeliny, wprawny badacz zdoła wiele z nich wytropić” – mówi Radosław Dzięciołowski, badacz nietoperzy z Polskiego Towarzystwa Ochrony Przyrody „Salamandra” – organizacji, która akcje liczenia nietoperzy realizuje w kilku częściach Polski już od 20 lat.

„Dzięki regularnemu monitoringowi dowiadujemy się, które gatunki mają się w Polsce całkiem nieźle, a których liczebność spada. Poznajemy też regionalne rozmieszczenie nietoperzy i wiemy, które obiekty są ważnymi zimowiskami tych ssaków i zasługują na ochronę” – tłumaczy prezes „Salamandry”, chiropterolog (czyli specjalista od nietoperzy), dr Andrzej Kepel.

Nietoperze mają zupełnie inne gusta niż ludzie. Latem człowiekowi przeszkadzają komary, a nietoperze je wręcz uwielbiają. Gdy my smacznie śpimy, przedstawiciele „rękoskrzydłych” uwijają się w powietrzu. Jeden mały nocek czy karlik potrafi złapać i zjeść nawet do 3 tys. komarów i innych owadów w ciągu jednej nocy! Również zimą różnica gustów jest bardzo widoczna. Najsmaczniej nietoperzom się śpi w miejscach chłodnych (gdzie temperatura wynosi ok. 4-8 st. C.), bo wówczas podczas hibernacji najbardziej oszczędzają skromne zapasy energii. „Im w zimowisku wilgotniej, tym lepiej dla nietoperzy – mówi Dzięciołowski. – Przy 100 proc. wilgotności nie tracą one wody przez skórę i nie muszą uzupełniać jej zapasów. A jeśli miejsce jest opuszczone i ciemnie, nic nie będzie im przerywać snu” .

Pierwsze liczenia nietoperzy w 2014 r. już się odbyły. W podziemiach koło Międzyrzecza naliczono ich w styczniu ponad 35,5 tys. Jednak w pozostałych obiektach akcja liczenia zacznie się dopiero w najbliższych dniach i potrwa do połowy lutego.

Badacze proszą o informacje – jeśli ktoś zna miejsce, gdzie zimą przebywają nietoperze, może zgłosić to np. do lokalnej organizacji zajmującej się badaniem i ochroną tych ssaków, albo do PTOP „Salamandra”, która przekaże takie informacje właściwym osobom.

Warto pamiętać, że nietoperze nie są groźne. Wiele ich gatunków jest za to zagrożonych. Jeśli spotkamy te zwierzęta śpiące w podziemiach, zachowujmy się cicho i nie świećmy na nie, gdyż każde przebudzenie to dla nich duży wydatek energii, której może zabraknąć na przetrwanie do wiosny. W ciepłą zimę, gdy przy trochę wyższej temperaturze w zimowiskach metabolizm nietoperzy nieco przyspiesza, zapewnienie im spokoju jest tym ważniejsze.

Zoologia

Puszcza Białowieska – liczenie żubrów

W czwartek (23.01.2014) rusza doroczne liczenie żubrów żyjących na wolności w polskiej części Puszczy Białowieskiej – poinformował PAP w środę Jerzy Dackiewicz, kierownik ośrodka hodowli żubrów Białowieskiego Parku Narodowego.

Liczenie będą prowadzili przede wszystkim pracownicy parku i nadleśnictw. Chcą wykorzystać sprzyjającą pogodę, bo w puszczy leży śnieg, a część białowieskiego stada liczona jest po tropach. Niewykluczone, że wyniki tego liczenia będą znane już na początku lutego.

Jerzy Dackiewicz dodał, że część żubrów wciąż pozostaje na łąkach, gdzie przygotowano dla nich siano zakontraktowane przez park u rolników oraz na łąkach, gdzie siano przygotowały nadleśnictwa.

Część stada korzysta z karmy wykładanej dla żubrów w miejscach ich zimowego dokarmiania w lesie, bo na ten sezon park narodowy przygotował też zapasy m.in. 200 ton siana, 200 ton sianokiszonki, 50 ton buraków oraz 35 ton owsa i 15 ton kukurydzy.

W czasie liczenia podczas poprzedniej zimy doliczono się w polskiej części Puszczy Białowieskiej 504 żubrów, żyjących na obszarze ok. 130 tys. ha.

Teraz stado powinno być nieznacznie większe. Szacuje się bowiem, że w 2013 roku urodziło się ok. 60 młodych, ale w tym czasie ubyło ok. 40 sztuk w wyniku naturalnej śmierci, odstrzałów selekcyjnych i odłowów (do hodowli zamkniętej parku narodowego oraz do przesiedlenia w inne miejsca).

Od dawna trwa dyskusja, czy białowieska populacja żubrów nie jest za duża w stosunku do obszaru, na którym bytuje, i czy dokarmianie zimą jest dla zwierząt korzystne. Są opinie, że stado w Puszczy Białowieskiej jest zdecydowanie za duże, ale i wprost przeciwne, że żubrów wciąż jest zbyt mało, by mówić o tym, że gatunek nie jest zagrożony.

Naukowcy od kilku lat prowadzą różne działania, by doprowadzić do korzystnego rozprzestrzeniania się populacji żubrów w Puszczy Białowieskiej. Dzięki wsparciu z funduszy unijnych powstały m.in. paśniki i wodopoje dla tych zwierząt w nowych miejscach dokarmiania, wykaszano polany śródleśne, by poprawić warunki bytowania żubrów, pomagano rolnikom w zabezpieczaniu upraw przed szkodami wyrządzanymi przez te ściśle chronione zwierzęta.

Zoologia

45 niedźwiedzi żyje w polskich i słowackich Tatrach

Jak powiedziała PAP dr Zuzanna Nowak z Katedry Genetyki i Ogólnej Hodowli Zwierząt wydziału Nauk o Zwierzętach Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, badania genetyczne tatrzańskich niedźwiedzi trwały od 2012 r., a analiza zakończyła się w listopadzie bieżącego roku.

„Otrzymane wyniki pokazują, że niedźwiedzi przebywających na stałe w polskich Tatrach wcale nie jest tak dużo. Nie mniej jednak w okresie letnim ich liczba podwaja się, bo okres letni niedźwiedzie wolą spędzać po naszej stronie gór” – powiedziała dr Nowak.

W trakcie badań przyrodnicy i naukowcy zaobserwowali prawidłowość dotyczącą sezonowych migracji niedźwiedzi: zimę najczęściej spędzają po słowackiej stronie, a od maja do sierpnia większość niedźwiedzi przebywa po stronie polskiej. Od jesieni obserwowano powrót niedźwiedzi na słowacką stronę Tatr.

„Zaskakującym jest fakt, że tylko niektóre niedźwiedzie, najczęściej samce +specjalizują się+ w niszczeniu barci. Często wiele szkód w gospodarstwach wyrządza jeden i ten sam osobnik” – mówiła dr Nowak.

Naukowcy stwierdzili, że badana populacja niedźwiedzi tatrzańskich charakteryzuje się dużą różnorodnością genetyczną. „To bardzo pozytywny czynnik świadczący o tym, że nie dochodzi do kojarzeń krewniaczych, a więc niedźwiedzie mogą +swobodnie+ dobierać się w pary i jak dowiodły badania, migrować na duże odległości w poszukiwaniu nie tylko jedzenia, ale i partnera” – podsumowała dr Nowak.

Badania niedźwiedzi zaczęły się od zbierania ich sierści, zostawionej na tzw. pułapkach. Pułapkę stanowiły specjalne plastry lub drut owinięty wokół drzewa z zanętą przyciągającą niedźwiedzie. Drapieżnik, ocierając się o taką pułapkę, pozostawiał na niej sierść. Dodatkowe próbki zbierane były z miejsc, w których niedźwiedzie wyrządziły szkody, najczęściej z rozbitych uli. Próbki były zbierane przez 12 miesięcy i sukcesywnie dostarczane do laboratorium Katedry Genetyki.

Jak wyjaśniła PAP dr Nowak w laboratorium ustalano profil genetyczny badanej próbki – na wzór badań kryminalistycznych, z jądra komórkowego znajdującego się w cebulkach włosów. Później porównano ze sobą wszystkie otrzymana profile genetyczne każdej z ponad 400 próbek. Po ich przeanalizowaniu wybrano profile, które się powtarzały, czyli pochodziły od tego samego zwierzęcia. W ten sposób ustalono 45 różnych profili genetycznych, czyli liczbę żyjących w Tatrach niedźwiedzi.

Program monitoringu niedźwiedzi, w tym badań genetycznych, sfinansowano w ramach projektu „Milka razem dla Tatr”. „Monitoring niedźwiedzi jest potrzebny, bo im więcej wiemy o zwyczajach niedźwiedzi, tym lepiej możemy chronić te zwierzęta” – powiedział PAP Filip Zięba z TPN, specjalista od tatrzańskiej fauny.

Główną ostoją niedźwiedzi w Polsce są Bieszczady. Co dwa lata w gawrze samica niedźwiedzia rodzi od 1 do 3 młodych, które przez półtora roku pozostają pod opieką matki. Niedźwiedzie są wszystkożerne; dorosłe osobniki ważą ok. 300 kg, żyją do 50 lat.

Dzięki uprzejmości PAP Nauka w Polsce